reklama

„Dostałem informację, że biorę Romów”. Jak mielecka szkoła uczyła się integracji?

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

„Dostałem informację, że biorę Romów”. Jak mielecka szkoła uczyła się integracji? - Zdjęcie główne
Autor: Julia Bogdan | Opis: O edukacji romskich dzieci opowiadał Adam Jastrząb, wieloletni dyrektor mieleckiej szkoły podstawowej.

Udostępnij na:
Facebook
Romowie w MielcuZaczęło się od trzynaściorga uczniów z Miasteczka Młodego Robotnika i szkoły, która nie miała gotowej instrukcji obsługi integracji. Były wizyty pedagoga w domach, osobna popołudniowa klasa, rozmowy z rodzicami i pierwszy lokalny „łącznik” między szkołą a romskimi rodzinami.

O edukacji romskich dzieci opowiadał Adam Jastrząb, wieloletni dyrektor mieleckiej szkoły podstawowej. Jego wspomnienia pokazują, że integracja nie zaczęła się od haseł, ale od bardzo praktycznych problemów.

Trzynaścioro uczniów i żadnej instrukcji

Jastrząb wspominał, że jego szkoła objęła rejon Miasteczka Młodego Robotnika po reformie systemu edukacji. Wcześniej romskie dzieci chodziły do innej placówki, ale po zmianach trafiły właśnie do niego.

- Dostałem informację, że biorę Romów

- mówił w podcaście.

Na początku trzeba było ustalić, ile dzieci faktycznie powinno chodzić do szkoły. Pedagog odwiedzał rodziny, bo sytuacja była zmienna - część osób wyjeżdżała do Anglii, inni przenosili się między mieszkaniami na tzw. barakach. Do szkoły chodziło wtedy 13 romskich uczniów, ale dzieci objętych obowiązkiem szkolnym było więcej.

Do szkoły trafiali też nastolatkowie

Wyzwaniem był wiek uczniów. Do pierwszych klas trafiali nie tylko mali uczniowie, ale też osoby mające 16, 17 czy 18 lat. Dyrektor nie chciał sadzać dorosłych już nastolatków z małymi dziećmi, dlatego utworzył dla nich osobną klasę popołudniową.

Nie była to idealna sytuacja, ale praktyczna odpowiedź na problem, z którym szkoła wcześniej się nie mierzyła.

Kiedy szkoła musiała iść do domu

Regularne chodzenie do szkoły od poniedziałku do piątku było dla części dzieci nowością. Jeśli uczeń znikał na tydzień, dwa albo trzy, pedagog szedł do domu. Czasem razem z dyrektorem.

Bywały też sytuacje, które dla szkoły były trudne do pogodzenia z planem lekcji. Jastrząb wspominał, że gdy w rodzinie odbywało się wesele, potrafiło trwać dwa tygodnie - i wtedy dzieci w szkole nie było. Z czasem nauczyciele musieli nauczyć się tej rzeczywistości.

Szkoła też nie była gotowa

Ważne jest to, że ta historia nie sprowadza się do prostego stwierdzenia, że romskie dzieci miały dostosować się do szkoły. Sama szkoła także musiała się uczyć.

Dyrektor przyznawał, że nauczyciele nie mieli ani doświadczenia, ani specjalnego przygotowania do pracy z romskimi uczniami. Lekcje odbywały się po polsku, a dzieci musiały odnaleźć się w systemie, który był dla nich nowy.

Człowiek od mostów

Jednym z kluczowych rozwiązań okazał się pan Mieczysław, który pracował w kinie Tęcza i pomagał szkole w kontaktach z romskimi rodzinami. Gdy dyrektor miał coś do przekazania, prosił właśnie jego.

Dziś nazwalibyśmy go mediatorem albo asystentem międzykulturowym. Wtedy był po prostu człowiekiem, któremu ufano.

Trzy dziewczyny i cichy sukces

W rozmowie pada zdanie, które dobrze pokazuje skalę wyzwania. Dyrektor mówił, że udało się doprowadzić trzy dziewczyny do ukończenia szkoły podstawowej.

Z zewnątrz może to brzmieć skromnie. W tamtym kontekście było realnym sukcesem. Jeśli uczniowie trafiali do szkoły późno, rodziny nie zawsze widziały w edukacji konieczność, a szkoła nie miała gotowych narzędzi, ukończenie podstawówki było ważnym przełomem.

* Ten artykuł został opracowany przy wsparciu Journalismfund Europe. www.journalismfund.eu 

Artykuł pochodzi z portalu korso.pl. Kliknij tutaj, aby tam przejść.
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

logo